Jakieś
20 kilogramów temu dostałam zaproszenie na widowisko cyrkowe. Nie
byłoby w tym nic wielkiego gdyby nie fakt, że do tej pory cyrk
kojarzył mi się jedynie z wielkim namiotem, ruszającymi się
schodkami i zapachem waty cukrowej zewsząd.
Tym
razem była to wielka, monumentalna budowla robiąca naprawdę duże
wrażenie. Wewnątrz wielka arena otoczona wysokimi ławkami. Wszyscy
krzyczą, podają sobie jakieś pakunki, jedzenie, wodę... uffff,
gorąco ;-)
Jakoś
to przeżyję. Skupię swoją uwagę na artystach. Są naprawdę
nieźli. I ten wszechogarniający przepych, zupełnie inaczej niż na
mińskiej ulicy...
Po
godzinie przedstawienia ogłoszono przerwę. Całe tłumy ruszyły w
kierunku toalet. Cóż, pójdę i ja. Kolejka szła wyjątkowo szybko, ale już po chwili zaczęłam tego
żałować. Drzwi do toalety, a właściwie do dużego pomieszczenia
nazwanego dumnie toaletą otworzyły się i dla mnie. Ale... to były jedyne
drzwi ? Tak. Moim oczom ukazała się niezła scenka. Na lewej
ścianie pomieszczenia wisiały olbrzymie lustra, przed którymi
kobiety o charakterystycznych "krasnych gubach" poprawiały
makijaż. Prawa ściana to (o zgrozo !!!) coś na kształt betonowego
podwyższenia, wysokości ok 40 cm, na którym kucają kobiety. Tak,
kucają, jedna przy drugiej i spokojnie załatwiają swoje potrzeby.
O Święta Teresko, co ja tu robię ? Wszystko odbija się w lustrach
na przeciwległej ścianie. Nie wytrzymałam dłużej i wybuchnęłam
głośnym śmiechem. Wszystkie, jak jedna, spojrzały na mnie jak na
idiotkę. No i w sumie miały rację. Bo tak naprawdę o co mi chodzi
?
Że
toaleta, że siusiu... przecież to cyrk !!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz