Obserwatorzy

sobota, 7 listopada 2015

(3)

Oprzytomniała na moment i dotarło do niej, że za drzwiami śpią  dzieci. Nie, nie może się to tak skończyć. Nie teraz i nie w tym miejscu. 
- Nie mam prawa ich wystraszyć. Są jeszcze bardzo młodzi. 
Resztą sił wykrzyczała imię starszego syna. Bała się nawet pomyśleć co by było, gdyby jej wtedy nie usłyszał. Wyszedł z pokoju a ona już przestawała mówić. Dzięki bogu nie stracił zimnej krwi. Złapał telefon i dzwonił po pogotowie.
Nagle uprzytomniła sobie co ją obudziło. To pęcherz błagał o pomoc. 
- Jak ja się dostanę do łazienki ? Tych schodów jest tak dużo, później jeszcze hol... No cóż, jakoś muszę to zrobić. 
Kiedy syn rozmawiał z dyspozytorką pogotowia,  zsuwała się wolno ze schodów. Nawet nie było tak źle. Jak za dawnych czasów w świąteczne wieczory u dziadków... nikt nie schodził ze schodów na nogach, wszystkie dzieciaki zjeżdżały na pupie ;-)
- Dobrze, że nie muszę gonić do łazienki pod górkę.
Żarty się skończyły wraz ze zjechaniem na ostatni stopień. Nigdy nie myślała, że drzwi od łazienki są tak daleko ... a pęcherz wciąż krzyczał , że jego cierpliwość się kończy! Z pomocą przyszedł syn. Udało mu się dźwignąć matkę ze schodów. Zarzucił sobie na szyję jej ręce i zaciągnął do łazienki jak worek kartofli. Nigdy w życiu tak podle się nie czuła. 
- Ja nie mogę sama iść do łazienki ? Inni to rozumiem, ale ja ??? Jeszcze żeby to był mąż ... ale syn ? 
Boże, jakie to było upokarzające... Cóż, nie miała wyjścia. Musiała się na to zgodzić, pęcherz nie sługa.
Po paru minutach kolejna przeprawa, łazienka - salon. I znów uczepiona syna jak koala drzewa dotarła do celu. 

 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz