- Nie mam prawa ich wystraszyć. Są jeszcze bardzo młodzi.
Resztą sił wykrzyczała imię starszego syna. Bała się nawet pomyśleć co by było, gdyby jej wtedy nie usłyszał. Wyszedł z pokoju a ona już przestawała mówić. Dzięki bogu nie stracił zimnej krwi. Złapał telefon i dzwonił po pogotowie.
Nagle
uprzytomniła sobie co ją obudziło. To pęcherz błagał o
pomoc.
- Jak ja się dostanę do łazienki ? Tych schodów jest tak
dużo, później jeszcze hol... No cóż, jakoś muszę to zrobić.
Kiedy syn rozmawiał z dyspozytorką pogotowia, zsuwała się
wolno ze schodów. Nawet nie było tak źle. Jak za dawnych czasów w świąteczne wieczory u dziadków... nikt nie schodził ze schodów na nogach, wszystkie dzieciaki zjeżdżały na pupie ;-)
- Dobrze, że nie muszę
gonić do łazienki pod górkę.
Żarty
się skończyły wraz ze
zjechaniem na ostatni stopień. Nigdy nie myślała, że drzwi od
łazienki są tak daleko ... a pęcherz wciąż krzyczał , że jego
cierpliwość się kończy! Z pomocą przyszedł syn. Udało mu się
dźwignąć matkę ze schodów. Zarzucił sobie na szyję jej ręce i zaciągnął
do łazienki jak worek kartofli. Nigdy w życiu tak podle się
nie czuła.
- Ja nie mogę sama iść do łazienki ? Inni to rozumiem,
ale ja ??? Jeszcze żeby to był mąż ... ale syn ?
Boże, jakie to było upokarzające... Cóż, nie miała wyjścia. Musiała się na to zgodzić, pęcherz nie sługa.
Boże, jakie to było upokarzające... Cóż, nie miała wyjścia. Musiała się na to zgodzić, pęcherz nie sługa.
Po
paru minutach kolejna przeprawa, łazienka - salon. I znów uczepiona
syna jak koala drzewa dotarła do celu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz