Każdy
z nas ma jakieś doświadczenie ze szpitalem. Jak nie osobiste, to z
kimś bliskim. Jak już wcześniej pisałam i mnie dana jest właśnie
taka "przyjemność".
Dzień
dzisiejszy obfituje w wizyty najbliższych. Rozumiem, każdy się
martwi, chce odwiedzić bliskich, dowiedzieć się u źródła o stan
zdrowia. Ale takich tłumów w malutkiej sali, nomen omen z czterema
łóżkami, jeszcze chyba nie widziałam. O nie, widziałam, jak
leżałam na jednej sali z kobietą narodowości romskiej, ale nie o
tym teraz.
W
jednym momencie na sali, poza pacjentkami, było 10 osób (do tego
nas cztery). Gwar jak w ulu to mało powiedziane. Nikt nie zwracał
uwagi, że może ktoś źle się czuje, że to nie jest plac zabaw
dla przedszkolaków tylko oddział szpitalny. I że nikogo zdrowego
tutaj nie przyjmują.
Stoją
trzy łóżka, jedno przy drugim, oddzielone tylko niedużymi szafkami.
Z lewej strony pięć osób, z prawej pięć a po środku leży pani. Wygląda w tym tłumie jak letnik na polu kukurydzy.
Zastanawiam się tylko, w którym momencie zacznie krzyczeć.
Moje
łóżko stoi po drugiej stronie. Bagatelka, jakiś metr, może
półtora dalej, ale to zawsze coś. Słuchawki w uszy, fajna muzyka
i spokój.
Nie
piszę tego, aby użalać się na cokolwiek. Chodzi mi jedynie o to,
żeby chorzy i odwiedzający pomyśleli czasami o tych, którzy leżą
obok. Że może komuś przeszkadzają krzyki, głośne rozmowy i
wizyta obcych ludzi, którzy bezwiednie (lub też nie) obserwują
sąsiadów swoich bliskich. Uwierzcie, to na prawdę jest bardzo
krępujące !
Stąd
moja skromna prośba – pomyślmy czasami o innych i pamiętajmy, że
ani my ani nasza rodzina nie jesteśmy pępkami świata, że wokół
nas są jeszcze inni ludzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz